Pasztet z najniższej półki, pieczywo niewiadomego pochodzenia i z wątpliwej jakości składników, schabowy w panierce, garść cukierków do kawki, kolorowy jogurt ze sklepu najlepiej z ciasteczkami, czekolada i jeszcze stos tostów z serem i ketchupem na noc. Tak kiedyś wyglądał mój dzienny jadłospis. Kiedy przypomnę sobie wieczną zgagę, ociężałość, ospałość, bóle brzucha i brak chęci na jakąkolwiek aktywność, robi mi się niedobrze. Ważyłam wtedy 10 kilo więcej. Czułam się naprawdę źle i wtedy przyszedł dzień, w którym wszystko się zmieniło.

Kiedy wrzucasz w siebie jedzenie jak w śmietnik, po niedługim czasie nie czujesz już różnicy czy jesteś najedzona czy głodna. Po prostu permanentnie Twoja żuchwa pracuje, myśli krążą tylko wokół jedzenia, wszystko ale to dosłownie wszystko uzależnione jest od tego, co, kiedy i gdzie zjesz. Masz obsesyjne myśli o jedzeniu, które zaczynają dominować nad innymi potrzebami w ciągu dnia i powodują, że ciężko skoncentrować się na czym innym.

Pamiętam takie tygodnie, kiedy wpadałam w panikę nie mając pod ręką czegoś do jedzenia. Na przykład jechałam do pracy lub na krótki spacer i wtedy zawsze musiałam być zabezpieczona. W mojej torebce zawsze znalazłabyś cukierki, ciastka (niby te zdrowe, ale jednak), orzeszki i wiele innych przekąsek, które były moim „kołem ratunkowym”.

Byłam uzależniona od jedzenia.  Nie były to napady obżarstwa, ale stała potrzeba posiadania przy sobie czegokolwiek, co mogę jeść. I niestety w małych ilościach, ale jadłam cały czas.

Akceptowałam się, ale wiedziałam, że jestem daleka od ideału. Zdrowotnego przede wszystkim. Najbardziej przeszkadzał mi właśnie stan mojego zdrowia. Mając 26 lat czułam się na osobę o wiele starszą.   Zaczęłam robić badania, byłam pewna, że mam wrzody żołądka, chorą trzustkę i „wrażliwe jelito”. Byłam ospała, „zaklejona” całym tym przetworzonym jedzeniem, przeciążona nadmiarem, bo jadłam ponad to, co powinnam. Zupełnie nie myślałam też o jakości produktów, które pochłaniałam.

Nie czytałam składów, obojętne mi było miejsce pochodzenia kolejnego schabowego, który trafiał na mój talerz, nie zwracałam uwagi na cukier, który w większości produktów występował na drugim a czasami na pierwszym miejscu w składzie, jadłam co popadnie. Pamiętam, że mięso jadłam codziennie na przemian z kolejnym ciastkiem do kawy. Najgorsze było to, że kompletnie ignorowałam to co wrzucam do żołądka. A zwykle te produkty miały w sobie całą tablicę Mendelejewa.

Wreszcie uświadomiłam sobie, że nie chcę robić z mojego organizmu wysypiska śmieci. I może Ty też w końcu o tym pomyślisz?

Czy jesteś pewna, że chcesz dobrowolnie dawać pożywkę bakteriom i grzybom, które w najlepsze mogą skakać z radości przy każdym kolejnym kawałku nafaszerowanego antybiotykami mięsa, albo batonika przemielonego z czymś, czego nazw nawet nie potrafisz wymówić? A później rozmnożą się tak, że będziesz patrzyła tęskniącym wzrokiem za czasami, kiedy jeszcze miałaś wpływ na swoje zdrowie?

Zastanów się, czy idziesz dobrą drogą, bo koniec końców pretensje będziesz miała tylko do siebie. A wtedy powiesz, „a mogłam tego nie jeść”, „a mogłam mieć silniejszą wolę i nie jeść tych ciastek po nocy”, „ a mogłam odmówić teściowej tego smażonego kotleta z górą ziemniaków pływających w oleju”.

Dlatego dzisiaj zwróć uwagę na to, czy Twój organizm już nie daje Ci sygnałów, żebyś się ogarnęła.

Brak kondycji? Ociężałość? Brak chęci na cokolwiek? Senność? Zmęczenie? Bóle brzucha? W 99% zależą od śmieciowego jedzenia, lub jedzenia czegokolwiek i oczywiście z powodu braku treningu.

Dlatego postanowiłam, że nie będę robiła sobie sama krzywdy. Zmieniłam podejście do jedzenia, co nie oznacza, że jem tylko sałatę. Wręcz przeciwnie. Znalazłam równowagę, dzięki której mam dobre relacje z jedzeniem, co oznacza że jem wszystko! Ograniczam mięso, ale potrafię wybrać dobrej jakości polędwicę, wiem jakie ryby są najzdrowsze i zawsze takie wybieram, nie kupuję chleba farbowanego karmelem, który udaje że jest zdrowy, ale za to taki, który ma krótki skład i jest od pewnego producenta. Dziś nie mam problemu z gorzką czekoladą, ba, kompletnie nie kusi mnie żadna inna. Jeśli już coś pojawi się u mnie na stole, może leżeć tygodniami, nie mam potrzeby jedzenia takich rzeczy. Zamiast paczki chipsów wybiorę pieczone bataty, zamiast torebki cukierków – żurawinę, a zamiast alkoholu – wodę z cytryną.

Ja znalazłam harmonię i mam już dobrą relację z jedzeniem. Pracowałam nad tym latami. Szkoliłam się. Dowiedziałam się czym są makroskładniki, dlaczego tak ważne jest, aby każdy posiłek był pełnowartościowy i co to tak naprawdę znaczy. Zrozumiałam, że dwie kromki białego pieczywa z szynką i serem nasycą mnie na krócej niż jajecznica z dwóch jajek z masłem, papryką, pomidorami, sałatą i kromką chleb żytniego. Wiem, jak policzyć kalorie, ile obciąć żeby schudnąć zdrowo, ile jeść, żeby zachować podstawowe funkcje życiowe, wiem jak rozłożyć białka, tłuszcze i węglowodany, żeby wbrew pozorom ten skomplikowany mechanizm jakim jest nasze ciało działał bez zarzutu. Potrafię to połączyć z treningiem, bo jedno bez drugiego nie ma sensu.

Tylko odpowiednio dobrana dieta z dobrze rozpisanym treningiem jest gwarancją sukcesu. Jeśli będziesz zajadała się całymi dniami i przy tym ciężko ćwiczyła to  owszem, wzrośnie Twoja siła, ale nic więcej. Jeśli natomiast będziesz super jadła, pilnowała kalorii, a w sklepie wybierała tylko produkty Bio, to możesz zapomnieć o kondycji, wejście na trzecie piętro bez zadyszki nie będzie możliwe, będziesz słaba, Twoje ciało stanie się wiotkie, będziesz narażona na kontuzje i ograniczenia związane z brakiem ruchomości w stawach (czyli zakładanie butów czy płaszcza może sprawić Ci trudność).

Dlatego jeśli zależy Ci na tym, żeby żyć jak najdłużej w dobrym zdrowiu, sprawności i być dumną dodatkowo ze swojego ciała, zacznij dziś zmieniać swoje podejście do diety i aktywności. Nie pozwól, żeby Twoja słaba silna wola pokonała Cię w tym starciu. Zwracaj uwagę na to co jesz, czytaj składy, wybieraj mądrze i uprawiaj sport, bo od tego zależy całe Twoje życie. A jeśli nie wiesz jak zacząć, potrzebujesz fachowej pomocy w kwestii diety czy treningu, pamiętaj – jestem do Twojej dyspozycji.